
Zamierzam utworzyć własne studio i potrzebny mi piec ceramiczny. Rozglądałam się za różnymi opcjami i przypadł mi do gustu piec Rohde ecotop. Piec, który kupię, musi być niezawodny. To inwestycja na lata i chcę, żeby długo mi służył. Wybrałam niewielki piec z powodów finansowych i praktycznych: mały piec może być częściej wypalany bez zbędnych strat energii. Jego kupno i używanie również mniej kosztuje. Nie potrzebuję dużego pieca, bo nigdy nie lubiłam pracować w dużej skali. I tak nie mam u siebie miejsca na coś takiego.
Miałam to szczęście, że dane mi było wypróbować kilka różnych rodzajów i rozmiarów pieców ceramicznych: gazowych i elektrycznych, od maleńkich po te całkiem duże. Wolę wygodę pieca elektrycznego od nieprzewidywalnych rezultatów pracy z gazowym. Zazwyczaj preferuję również piece ładowane od przodu niż od góry. Mój ecotop to jednak piec typu toploader. Wymaga mniejszej powierzchni, a ten rozmiar nie przysporzy mi problemów z naginaniem pleców, by podnieść ciężką półke ceramiczną.
Nie muszę chyba dodawać, że jestem super podekscytowana przyszłym zakupem. Nie mogę się doczekać, aż transakcja zostanie sfinalizowana, a moja nowa zabawka z wszystkimi gadżetami (kontroler, półki etc) zostanie dostarczona. Niestety nie dostanę jej dopóki przestrzeń warsztatu nie zostanie wykończona. Na razie nie mam gdzie trzymać pieca, a nie mogę go wypalać w dowolnym miejscu. Pomieszczenie wymaga doskonałej wentylacji i musi znieść sporo bałaganu. Poważne problemy zdrowotne mogą wyniknąć z nieprawidłowego użycia pieca, więc musi on być tam, gdzie mogą one zostać zminimalizowane. Do tego czasu będę sobie marzyć...
Niektórzy ludzie pytają mnie: jak ty to robisz? Czasem mają na myśli cały proces tworzenia, ale często chodzi im konkretnie o jedną rzecz: skalę moich prac. Ludzie nie nawykli do kreowania drobiazgów odbierają je jako coś niezwykłego. Ja zawsze to uwielbiałam. Od dziecka lubiłam wszystko, co małe: historie o krasnoludkach, elfach, Calineczkę i Tomcia Palucha. Zawsze podobała mi się praca w małej skali. No więc jak ja to robię?
Przede wszystkim, rozpracowuję rzeczy w trzech wymiarach, zamiast je rysować. Pracując nad większym projektem, najpier przygotowuję makietę. Tak właśnie przywykłam do tworzenia w miniaturze. Właściwie wolę pracę w małej skali.
Nawet najbardziej wyćwiczone dłonie mają swoje ograniczenia. Każdy twórca potrzebuje swoich narzędzi. Ja też mam swoje. Najczęściej używam narzędzia rzeźbiarskiego drewnianego, metalowego, ostrza skalpela, igły i stylusa. Korzystam też z miękkich pędzelków, żeby wygładzić powierzchnię, zwilżyć ją etc. Mam też inne narzędzia do większych zadań. Uwielbiam do tego celu sztućce i inne kuchenne utensylia. Mają tak wiele zastosowań! Do prac w miniaturze, oprócz wspomnianych już przedmiotów, używam również wykałaczek i innych drobnych rzeczy. Najważniejsze to wybrać kilka najporęczniejszych narzędzi i stale ich używać. Mam calą masę narzędzi, z których nie korzystam. Trzymam je w pudełku, ale nie zaśmiecam sobie nimi stołu, na którym pracuję.
Oczywiście skończenie czegoś porządnie wymaga czasu. W małej skali jest to być może ważniejsze. Każdy szczegół się liczy. Uważnie wykonana praca będzie się przedstawiać o niebo lepiej. Nie ma sensu się śpieszyć. Najważniejsze są cierpliwość i uwaga. I ciągłe próby.
Wystarczy już tych wakacji!
Być może zastanawialiście się, co ostatnio porabiałam. Prawda jest taka, że niewiele. Pozwoliłam sobie trochę poleniuchować. Czułam się lekko przemęczona i dałam sobie trochę czasu dla siebie.
W międzyczasie odwiedziłam ponownie szkołę podstawową Gaelscoil Mhic Amhlaigh w Galway. Byłam tam już w zeszłym roku i tym razem moja wizyta była równie udana. Poprowadziłam warsztaty złożone z wprowadzenia w świat ceramiki i podstawowe techniki modelowania ręcznego. Dzieci miały czas na odkrywanie materiału, czego rezultaty widać na zdjęciu. Jest to oczywiście tylko wybór, wszystkie prace nie zmieściłyby się na jednej fotografii. Dzieciaki były ogromnie twórcze i podekscytowane całym tym doświadczeniem. Mam wrażenie, że jeszcze się tam pojawię...
W kwestii mojej własnej pracy, przetestowałam ostatnio kilka różnych materiałów rzeźbiarskich, by sprawdzić, który najlepiej mi odpowiada przy opracowywaniu prototypów. Spróbowałam: gliny polimerowej (modeliny), masy schnącej na powietrzu, papier mache i materiału ceramicznego wzmocnionego nylonem. Wszystkie okazały się bardziej problematyczne niż pomocne.
Umiem docenić zalety pracy z modeliną, ale jakoś nie mogę się przemóc, by jej użwać. Nie lubię w niej konieczności utwardzania jej w piekarniku (wiem, brzmi dziwnie biorąc pod uwagę fakt, że w piecu ceramicznym wypalanie mi nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, ale może to właśnie dlatego, dla mnie to troche jak oszustwo) ani tego, jak zachowuje się w moich dłoniach, jej faktury. Znam ludzi, którzy ją uwielbiają, ale to nie materiał dla mnie. Cena to dodatkowy czynnik do rozpatrzenia.
Pozostałe materiały wydaja mi się prostsze w „obsłudze”, ale mimo to wróciłam do mojej ulubionej mieszanki gliny garncarskiej z pulpą papierową. Może nie jest to rzecz dla każdego, ale ja jestem już tak do niej przyzwyczajona, że jest mi najwygodniej ją stosować.
Skoro już zaczęłam na powrót eksperymentować, moja kuchnia została znów zamieniona w laboratorium. Nie stanowi teraz najbezpieczniejszego miejsca do przygotowywania posiłków, ale spójrzmy prawdzie w oczy, żaden ze mnie kucharz. No i musze pracować gdzieś zanim studio stanie się rzeczywistością, co powinno nastąpić w przewidywalnej przyszłości. A do tego czasu mogę się żywić kanapkami i daniami na wynos ;)
Co teraz? Koledż w zasadzie skończony (jeszcze tylko kilka formalności do załatwienia). Wystawa została zakończona i mogę teraz nareszcie robić co tylko zapragnę! Wiem, że część z moich kolegów i koleżanek (absolwentów) jest trochę tą perspektywą zaniepokojonych. Niektórzy chcą kontynuować nauke, inni szukają pracy poza światem sztuki. Ja mam to ogromne szczęście, że już niedługo będę mieć swoje własne studio!
Kiedyś może powrócę do edukacji, ale teraz chcę się skoncentrować na pracy, którą z braku czasu musiałam wcześniej odkładać. Moja głowa i notatniki są pełne pomysłów! Wystawa stanowiła dla mnie swojego rodzaju etap. Teraz jestem już gotowa na to, co może czekać mnie w przyszlości.
Będę tu nadal zdawać regularne raporty, więc zachęcam do ponownych odwiedzin!
PS. Zdjęcie zamieszczone powyżej przedstawia Faye ułożoną na light box przy koledżowej ciemni. Wyglądała na równie zmeczoną, co ja. Biedula wciąż czeka na pomalowanie, kostium i włosy. Może to nie nastąpić jeszcze przez jakiś czas, a chciałam jej zrobić kilka zdjęć w koledżu, zanim opuszczę budynek na dobre. Zawsze będę mogła wrócić, by skorzystać z biblioteki etc., ale nie będąc tam zapominam, jakie to świetne miejsce, pełne różnych ciekawych zakamarków.
Wystawa, o przygotowaniach do której pisałam, moja wystawa dyplomowa, została nareszcie oficjalnie otwarta.
Samo otwarcie było ogromnym sukcesem. Otrzymałam wiele pozytywnych uwag, świetnych komentarzy i komplementów. W sumie było to radosne i ekscytujące wydarzenie.
Nigdy nie udałoby mi się dotrwać do końca bez nieustannego wsparcia ze strony rodziny, przyjaciół, wykładowców i wszystkich osób biorących udział w przygotowaniach do całej afery. Ogromne podziękowania dla Was wszystkich!!!
Wystawa będzie otwarta w kampusie Cluin Mhuire (artystycznym) uczelni do soboty. Przyjdźcie obejrzeć. Będę tam również na miejscu, by odpowiedzieć na ewentualne pytania :)
Ostatnich okres czasu był całkowicie wyczerpujący. Pracowałam nad przygotowaniem wystawy końcoworocznej. Mówiąc pracowałam mam na myśli kończenie prac artystycznych, malowanie pokoju, w którym będą zaprezentowane, budowanie stojaków etc. Przeglądy już za mną, a wystawa zostanie otwarta za tydzień. Rzadko brakuje mi słów, ale tym razem naprawdę nie wiem co powiedzieć. To dziwne wrażenie pomyśleć, że już niedługo koniec.
Jak zwykle zaczynam myśleć o tym, co zrobię jako absolwentka. Chcę się już jak najszybciej zająć wszystkimi ekscytującymi projektami!
Jak niektórzy z Was zapewne wiedzą, właśnie kończę studia artystyczne. Czasem mam jednak wrażenie, iż bliżej mi do rzemiosła i wzornictwa niż do sztuki. Nie będę się tu wdawać w długie wywody na temat definicji sztuki oraz różnic między nią a pozostałymi dwiema wymienionymi dyscyplinami. W tym momencie, po kilku latach podobnych dyskusji, mam ich już szczerze powiedziawszy serdecznie dosyć. Moim zdaniem tego typu podział jest sztuczny i powierzchowny, a granica między nimi płynna i subtelna. Pierwiastki tych trzech stale się przecież przenikają.
Dla mnie osobiście ważne jest, by praca była starannie wykonana. Sztuka konceptualna sama w sobie to nie dla mnie. Owszem, pomysł czy idea są istotne, ale nie wystarczą, by przykuć uwagę, zaskoczyć, zachwycić, skłonić do myślenia. Odstręczają mnie prace, które oparte są wyłącznie na pomyśle. Są one często niespełnioną obietnicą tego, jak ten koncept można było wcielić w życie tak, by był on również wizualnie atrakcyjny. Niekoniecznie piękny, ale przemyślany, dopracowany, staranny. Niechlujność i niedbalstwo są w mojej skromnej opinii niedopuszczalne i leniwe.
Także w swoich własnych pracach staram się unikać chodzenia na łatwiznę. Nie komplikuję sobie życia celowo, ale jestem bardzo (za bardzo?) krytyczna w stosunku do własnej twórczości. Nie pozwalam sobie zaakceptować podsuwanych mi czasem wymówek i wybiegów - „przecież nikt nie zauważy, to nikomu nie będzie przeszkadzać”. Jeśli wiem, że coś jest niedoskonałe i nie spełnia moich wysokich standardów, to mam ogromne opory przez zaprezentowaniem takiej pracy. W koledżu bywa jednak, że ograniczenia czasowe i inne czynniki zmuszają mnie do tolerowania pewnych drobnych mankamentów.
Dlatego właśnie jestem trochę sfrustrowana i zmęczona sytuacją, kiedy moje prace muszą być wykonane w pośpiechu i bez należytej uwagi. Stąd niedawny meltdown. Zdaję sobie sprawę z faktu, że po skończeniu koledżu będę musiała brać pod uwagę terminy inne niż daty przeglądów. Łudzę się jednak, że będę miała więcej kontroli nad sposobem organizowania sobie czasu.
Nie mam wielkich i ambitnych planów na najbliższą przyszłość. Najbardziej ekscytującą rzeczą, na jaką czekam, będzie moje własne studio. Czasem narzekam na moją pracę, ale tak naprawdę ją lubię i jestem całkowicie szczęśliwa, kiedy mogę się jej oddać bez reszty. Chcę również poeksperymentować z lalkami w sposób, o jakim do tej pory nie mogło nawet być mowy. Zanim będę miała dostęp do pracowni, będę musiała zadowolić się powierzchnią stołu kuchennego. Oznacza to również brak możliwości wypalania. Nie powstrzyma mnie to przed wykonywaniem innych prac, o których będę tu pisać. Moja wiecznie wymagająca ulepszeń porcelanowa lalka (w każdej kolejnej wersji odkrywam nowe problemy, których najwięcej przysparza konstrukcja korpusu) stanowi w tym momencie szczególne wyzwanie. Jej części zostaną wykorzystane w mojej pracy dyplomowej. Koledż mnie wiele nauczył, ale odetchnę z ulgą, kiedy wystawa końcowa zostanie oficjalnie otwarta. Teraz czekają mnie jeszcze tylko ostatnie przygotowania...
Porcelanę można malować na wiele sposobów. Słyszalam nawet o lalkach malowanych farbami olejnymi, chociaż nigdy ich nie widziałam. Różne metody ceramiczne mogą być również zastosowane. Tradycyjnie lalki malowane są china paints. Technicznie rzecz biorąc, są to farby naszkliwne, które mogą być naniesione na dowolną białą powierzchnię ceramiczną. By nadać lalkom kolor i ekspresję, te sproszkowane minerały nanoszone są w bardzo specyficzny sposób.
Po pierwsze, farby trzeba przygotować. Proszki należy wymieszać z odpowiednimi do tego olejami lub mediami na bazie wody. Na białej płytce ceramicznej są one rozprowadzone szpachelką malarską aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Można je potem przechowywać w zamkniętych szczelnie pojemniczkach.
Po drugie, części lalki musza być oczyszczone (tak, wiem, znowu! - lalkarz musi mieć naprawdę lekką obsesję na punkcie utrzymywania wszystkiego w czystości) przez przemycie spirytusem salicylowym (bądź denaturatem). Są one wtedy odpowiednio przygotowane i wolne od jakichkolwiek zanieczyszczeń, np. tluszczu z palców rąk etc.
Farby nakłada się warstwami, za każdym razem wypalając je pomiędzy aplikacjami w temp. ok. 730 stopni C. Z tego co czytałam wynika, że każdy ma inny sposób ich nanoszenia, jedni wolą od razu nadać skórze kolor, inni najpierw malują szczegóły oczu. Czerwienie są zazwyczaj dodawane na samym końcu; wymagają one wypalenia w nieco niższej temperaturze, więc w ten sposób unika się ich zniszczenia.
To w zasadzie wszystko, co wiem na ten temat. Muszę przyznać, że jestem kompletnie niedoświadczona w tej dziedzinie. Jak dotąd tylko raz spróbowałam tej metody i nie była to wysiłek zakończony spektakularnym sukcesem (oględnie mówiąc). Mimo to zamierzam próbować dotąd, aż będę zadowolona z rezultatów. Trzymajcie kciuki!
Jedyny problem polega na tym, że nie nastąpi to zbyt prędko. O tym, dlaczego, w następnym wpisie.
To znaczy, mam na myśli wypalanie w wysokiej temperaturze.
Po czyszczeniu i przygotowaniu do wypalenia, części zostają ostrożnie umieszczone w piecu, w zasadzie tak samo jak przy pierwszym wypalaniu. Jedyna różnica to to, że temperatura tego wypału to ok. 1240 stopni C. Porcalana dojrzewa i staje się wodoodporna. Staje się twarda i w cieńszych miejscach lekko przejrzysta. Na tym etapie już w zasadzie nie da się jej w żaden sposób zmienić. Może też odkształcić się w piecu przy wypalaniu jeśli nie jest odpowiednio podparta. Każdy garncarz może potwierdzić, że glina ma pamięć. Porcelana jest szczególnie pamiętliwa. Wydaje się chcieć powrócić do kształtu, jaki nadano jej, kiedy była jeszcze mokra. Z odlanymi w niej częściami trzeba obchodzić się ostrożnie zanim wyschną. Porcelana to trudny i wymagający materiał, ale również bardzo piękny. Kto opanuje nad nią kontrolę, temu odpowie ona wdzięcznością za odpowiednie traktowanie.
Wyjmowanie z pieca doskonale białych części po wypale to jak mała uroczystość, radosna i satysfakcjonująca. Zawsze się obawiam, że w czasie wypału coś pójdzie nie tak, a nie dowiem się tego dopóki piec całkiem nie ostygnie. Dopiero wtedy można otworzyć drzwi.
Całość musi zostać jeszcze raz oczyszczona, by nadać powierzchni idealną gładkość. Nie jest to już tak okropnie czaso- i energochłonne jak czyszczenie na mokro (ani tak frustrujące).
Jeśli chodzi o meltdown, to jeszcze o tym napiszę.
Czyszczenie na mokro jest zdecydowanie najbardziej znienawidzoną przeze mnie częścią procesu. Zdecydowanie wyprzedza pracę z gipsem w tym względzie. Zazwyczaj nie mam nic przeciwko jak już wdrożę się w rytm pracy, ale czyszczenie na mokro bywa bardzo frustrujące i naprawdę nie należy do moich ulubionych czynności.
Wypalone na miękko porcealnowe części lalki są powoli zanurzane w wodzie i pozostawione do nasiąknięcia na kilka minut. Potem są skrobane i polerowane przy pomocy gąbek ściernych (o drobnych ziarnach) oraz czyszczone odpowiednimi pędzlami. Wszystko to jest bardzo bałaganiarskie, bo części muszą być cały czas mokre i dobrze opłukane. Prędzej czy później jestem pokryta wodą kapiącą na wszystko mimo iż mam na sobie nieprzemakalny fartuch. Bycie zmoczonym przez kilka godzin to żadna frajda. Mieszkając w deszczowej Irlandii powinnam być już do tego przyzwyczajona, ale jednak wolę tego unikać.
Dlatego właśnie postanowiłam wypróbować coś innego. Metoda czyszczenia na mokro jest polecana ze względów zdrowotnych (mniejsza szkodliwość wypalonych, cięższych cząsteczek gliny), ale przecież musi być jakiś inny sposób! Jestem zdeterminowana, by go znaleźć lub wynaleźć. Dam znać jak mi poszło, a w międzyczasie trzymajcie kciuki, podczas gdy ja zanurzam się z powrotem w świat do czyszczenia na mokro!